Tom Tom (just_tom) wrote,
Tom Tom
just_tom

Эва Оссовска

Эва имела потрясающий авторитет, он был у неё как бы врождённым. Язык тела — то, как она ходила, эта прямая, решительная шея, её прямой взгляд, интенсивная сосредоточенность, когда она слушала другого человека — всё излучало авторитет. Когда другие хоть немного колебались, Эва сразу знала, что именно в любой момент надо было делать. И делала! Она реагировала инстинктивно, без какой-либо боязни, без колебаний. И с умом! Когда она обращалась к толпе через мегафон, никто не замечал её молодой возраст, потому что её естественный авторитет делал возраст неважным. Она попросту знала, как завоевать сердца, как проникнуть людям глубоко в душу. Когда она принимала решение, люди попросту чувствовали, что она права. Они чувствовали, что ей важен не собственный престиж, а успех их всех. Она как-то инстинктивно знала, как в людях вызвать чувство солидарности и чувство силы. В ней была отвага.

Из письма шведской журналистки Мики Ларссон
журналистке "Газеты выборчей" Малгожате Немчиньской


В праздничном "Большом формате" - история про девятнадцатилетнюю девушку, бывшую продавщицу в газетном киоске, благодаря которой в августе 1980 года забастовочное движение в Гданьске не захлебнулось, и которая потом была практически забыта. Очень польская история, где самоотверженность, героизм и солидарность перемешаны с мелочностью и подлиничаньем. Но всё равно поляки боролись с социализмом лучше всех.


Во время забастовки на Гданьской судоверфи им. В.И.Ленина, август 1980 г.
В центре - Лех Валенса, крайняя слева - Эва Оссовска
© Antoni Buczek / Europejskie Centrum Solidarności



Ewa Ossowska. Ta trzecia ze stoczni
Małgorzata I. Niemczyńska

Jak się taka kręciła koło przywódcy, młoda i ładna, to nie wyglądało za dobrze. Na bohaterkę i symbol strajku lepiej nadawała się Walentynowicz.
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Jej sprawa miała kryptonim "Kioskarka". Bezpieka zdjęła ją z ewidencji już w kwietniu 1981 roku z powodu "zaniechania wrogiej działalności". Dokumenty zniszczono.

To samo z aktami postępowania karnego, choć te zdążyły się po prostu przedawnić.

W książkach jej nie ma. Czasem w jednym-dwóch zdaniach. Przeważnie z przekręconym nazwiskiem.

W filmie fabularnym, jaki kilka lat temu powstał o Lechu Wałęsie, przy jego ramieniu stoi zamiast niej jakiś facet.

Nie wierzyłam, gdy zgodziła się spotkać.

Przede mną siedzi kobieta, która nie istnieje.

Za chlebem

- Ludzie nam mówili: "Ona nie była taka ważna" - kilka tygodni wcześniej opowiada mi Marta Dzido, współautorka filmu "Solidarność według kobiet" (razem z Piotrem Śliwowskim). - "Odpuśćcie sobie", powtarzali. Dla mnie było oczywiste, że postać, która w kluczowym dla powstania "Solidarności" momencie odegrała ważną rolę, zasługuje na to, żeby jej historia nie została zapomniana. Im częściej słyszałam "Nie jedźcie do niej", tym bardziej się nakręcałam. Może komuś ta osoba przeszkadza?
Numer dała im Joanna Duda-Gwiazda. Mówiła, że do Szwajcarii. Dzwonili. Wciąż tylko: "Nie ma takiego numeru, nie ma takiego numeru". Wreszcie zauważyli, że kierunkowy się nie zgadza. Pasował do Włoch, ale brakowało jednej cyfry. Zaczęli próbować na chybił trafił.

- Pogodziłam się już z tym, że nigdy się do niej nie dodzwonimy - mówi Dzido. - Aż w końcu usłyszałam, jak mówi to swoje "Pronto".

Zbierali pieniądze przez kilka miesięcy. Polecieli.

- Miejscowość się nazywa Gragnano, leży pod Neapolem - wyjaśnia Marta. - Pierwszego wieczoru niewiele mówiła, poszliśmy na spacer. Patrzę, a tam też jest stocznia, stoją zardzewiałe dźwigi. Niesamowita, zapętlająca się historia. Kobieta pokonała tyle kilometrów... Jej 23-letnia córka o niczym nie wiedziała: "Mamo, jesteś na tym zdjęciu z Lechem Wałęsą, on był prezydentem Polski, dlaczego nic nie mówiłaś?!".

Pytali ją: "Nie chciała pani zawalczyć o jakieś stanowisko?". "Przecież ja nawet wtedy nie miałam matury". "A Lech Wałęsa miał?!". "No rzeczywiście".

- Było trochę tak, jakbyśmy jej przypomnieli, kim była - mówi Dzido. - W ciągu tych kilku dni, kiedy jej siedzieliśmy na głowie, bardzo urosła. Zmienił się nawet wyraz jej twarzy. Najbardziej mną wstrząsnęło, gdy dowiedziałam się, że wyjechała w 1996 roku. Wcześniej myśleliśmy, jeszcze w latach 80., że to była emigracja polityczna. Ale ona po prostu nie mogła znaleźć pracy, wyjechała za chlebem. Mieszkała w Gdańsku, ludzie ją pamiętali ze strajku, ale nikt jej nie pomógł.

Jej dawni koledzy byli wtedy ministrami.

Liderzy

Akta sprawy kryptonim "Gotowość", szyfrogram z 19 sierpnia 1980 r. (archiwum IPN):

"Do masowego udziału w spotkaniu [dyrekcji Stoczni Gdańskiej z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym] aktywnie nawoływał L. WAŁĘSA. W stoczni przebywał również B. BORUSEWICZ, który czynnie uczestniczył w przygotowaniu do spotkania z dyrektorem. W czasie wiecu przed gmachem dyrekcji przemawiali m.in. Ewa OSSOWSKA, L. WAŁĘSA i A. GWIAZDA, który oświadczył, że będą rozmawiali tylko z władzami centralnymi".

Wałęsa, Borusewicz, Gwiazda - wiadomo, liderzy Sierpnia '80.
Ale kim jest Ewa Ossowska wymieniona na równi z nimi?

Pamięta pan Ewę?

Stocznia wygląda jak trup.

Szkielety w rdzy, pustka, głuche brzdęki.

Jest 35. rocznica Porozumień Sierpniowych. Ossowska nie została zaproszona na obchody.

Sprawdzam, czy ktoś ją pamięta.

"Osuchowska?". "Nie wiem". "Chyba nie".

- Czarna taka? - pyta wreszcie emerytowany stoczniowiec. - W sierpniu była tutaj, cały czas obok Wałęsy. Ale słyszałem, że potem coś nie bardzo. Opowiadali, że jakieś pieniądze wzięła i uciekła. Proszę pani, tutaj są setki ludzi niedocenionych.

Obok mnie w tłumie stoi Bogdan Felski. To on zatrzymywał stocznię pierwszego dnia. Na strajku nie było jeszcze nawet Wałęsy. Czekam, ale nikt go nie wywołuje, żeby przemówił.

- Chodźmy stąd, muszę zapalić - rzuca w końcu. - Tyle się nastałem, mam osteoporozę. Ossowska? Dobrą robotę robiła na strajku. Przyjdzie Adam Dębowski, to go pani zapyta. On był z nią najbliżej.

Felski zaczyna obdzwaniać kolegów. To Lutek, to Jurek, jest w końcu i Adam. Z grupą stoczniowców idę do Sali BHP, gdzie podpisano Porozumienia, a teraz ciągną się uroczystości. Nie wpuszczają nas.

- Pan pamięta Ewę Ossowską?

- Ona gdzieś tu jest? - Dębowski się ożywia i zaraz się czerwieni. - Tak, poznałem ją na strajku, potem trochę bliżej. Była bardzo zaangażowana, ja ją osobiście bardzo... chwalę za to. Pamiętam ją na tym wózku elektrycznym, jak przemawiała. Niech ją pani pozdrowi od Adama. A dalej jest taka szczupła?

Obok Wałęsy

Na zdjęciach wygląda niepozornie. Drobna brunetka o ślicznej twarzy dziecka. Jej nazwisko rzadko, ale czasem pojawia się, gdy mowa o trzecim dniu strajku. Dyrekcja obiecała wtedy podwyżkę oraz przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz. Wałęsa ogłosił zwycięstwo i koniec protestu.

"Gdyby tak się stało, pewnie nie byłoby Sierpnia, nie byłoby Porozumień ani Solidarności i pewnie cała ta nasza - może szerzej: wschodnioeuropejska - historia potoczyłaby się zupełnie inaczej" - piszą Jacek Kuroń i Jacek Żakowski w podręczniku "PRL dla początkujących". Ale dalej wymieniają tylko dwie kobiety, które pobiegły do bram i zatrzymały robotników, rozpoczynając strajk solidarnościowy: Walentynowicz i Alinę Pienkowską.

Obie już nie żyją.

W "Tygodniku Powszechnym" z 3 listopada 2002 roku znajduję wspomnienie Pienkowskiej, spisał Krzysztof Burnetko: "Trzeciego dnia Ewa stała obok Wałęsy, z tubą, jak on ogłosił o zakończeniu strajku. Lechu mówi: Sukces, tysiąc pięćset złotych . To dotyczyło tylko stoczniowców. (...) Ale były przecież też inne małe zakłady. Wtedy Henryka Krzywonos z MPK krzyknęła: Wyduszą nas jak pluskwy , a Ewa stojąc koło Lecha, krzyknęła: Zdrada . Lechu próbował coś mówić, ale chyba go wyklaskali, i powiedział tylko: Chcecie strajkować, to strajkujemy . Lecz radiowęzeł został już odcięty, a stoczniowcy zaczęli wychodzić do domów".

Bramy w stoczni były trzy. Jedną z nich zamknęła Ossowska.

Idealistka

Po Stogach - robotniczym osiedlu Gdańska - oprowadza mnie Józef Drogoń, sąsiad Lecha i Ewy. Z Wałęsami miał wspólny śmietnik.

Ulica Sokola. Właśnie tu, gdzie ten daszek, mieszkała z mężem. W piwnicy domu była drukarnia.

Ulica Szpaki. Tutaj stał kiosk, gdzie pracowała. Zostały fundamenty. Na ostatnim piętrze tego bloku wynajmowała pokój po rozstaniu z mężem. - Pomogłem jej, a mieszkał z nią Sławek, taki chłopak - mówi Drogoń. - Musiał ktoś być, a ja nie chciałem.

- Widzi pani te drzewa? - ciągnie. - Tam było boisko. Graliśmy w piłkę. Wolne Związki Zawodowe na KOR i Ruch Młodej Polski. W 1980 roku był taki mecz, strzeliłem Olkowi Hallowi dwie bramki, a Wałęsa u nas puścił dwie szmaty i zszedł.

Ulica Wrzosy. Wałęsowie mieszkali w klatce C, na pierwszym piętrze, pod piątką. Bezpieka zawsze stała, w samochodzie nasłuchiwali, a naprzeciwko wynajęli pokój. Wałęsa miał okna na drugą stronę, ale chcieli widzieć, kto wchodzi.

Idziemy na górę. Sąsiadka myśli, że chcę wynająć, i wpuszcza mnie do środka. Odremontowane, ale malutkie. Nie mieści mi się w głowie, że Wałęsowie mieszkali tu w szóstkę.

I ulica Zalesie. Tutaj mieszka Drogoń. W latach 80. był w tzw. grupie operacyjnej Wałęsy.

- Jak w 1979 roku wyszedłem z wojska, dowiedziałem się, że brat pożyczył Ossowskim mój telewizor i jeszcze kilka rzeczy - opowiada. - Poszedłem odebrać, powiedzieli, że jest im ciężko, oddadzą za jakiś czas. Poznali się we Wrocławiu, on tam wojsko odpracowywał, zrobił jej dziecko. Gdy przyszedłem się przypomnieć, wtedy już do Wałęsy chodziłem, powiedziałem im, że dostałem taką ulotkę. Ona bez mojej wiedzy i zgody odwiedziła potem Wałęsę. Od niej nic konkretnego nie można się było dowiedzieć: czy ona jest taka, czy taka. Była nastawiona na jakieś wielkie idee, hasła. Sprawiała wrażenie socjalistycznej idealistki.

Drogoń się rozkręca. Opowiada o skandalach korupcyjnych, które zdemaskował. Po godzinie już wiem, że stoi też za rozwiązaniem Samoobrony i LPR, ujawnił konta Krzaklewskiego, jest w stałym kontakcie z szefem kontrwywiadu i coś tam jeszcze. Próbuję wrócić do Ossowskiej.

- Jeden raz roznosiła ze mną ulotki, gdzieś tam się pojawiła na stoczni. To wszystko. I ona teraz chce jakiś order? Ja działałem cały czas.

Uciekam.

Na drugi dzień do mnie dzwoni: - Nie chciałem o tym już mówić, pani sobie znajdzie w internecie taki artykuł, nazywa się "Ta trzecia".

Znam ten tekst. Ukazał się w 2005 roku. Drogoń sugerował w nim, że Ewa jest winna wpadki Bogdana Borusewicza w drukarni u jej byłego męża. Odpowiadam: sprawdziłam ją w IPN, ma czystą kartę, zresztą zapytam Borusewicza, bo właśnie do niego jadę.

Drogoń szybko się rozłącza.

- To była ważna postać, warto ją przypomnieć - mówi Borusewicz z mocą. - Zjawiła się zaraz na początku strajku i odegrała naprawdę istotną rolę. Była bardzo aktywna. Potem zniknęła, kompletnie. Drogoń różne rzeczy o ludziach opowiada, a tam chyba chodziło o jakieś zawiedzione uczucie. Była atrakcyjna, miała powodzenie. W stoczni otaczał ją zawsze wianuszek robotników.

Borusewicz jest pewny: Ewa nie miała z jego wpadką związku. Od dawna nie była już z mężem. Nie chce, abym w ogóle o tym w jej kontekście pisała. Robię to, ponieważ oskarżenia pod jej adresem można znaleźć w sieci, i uważam, że należy na nie odpowiedzieć jednoznacznie.

Ewa, lecimy tu

Przez telefon rozmawiamy najpierw kilka razy. Jest nieufna - "Wyborcza" jej się nie podoba. Ale umie też być czarująca. Po rozłączeniu się z nią dalej się uśmiecham.

Niewysoka kamienica niedaleko stacji Gdańsk-Wrzeszcz. Drzwi otwiera mi zadbana blondynka po pięćdziesiątce. Wyprostowana sylwetka, czujne spojrzenie. Mieszkanie eleganckie, wysprzątane na błysk. Tu Matka Boska, tam krzyżyk.

Gdy ja włączam dyktafon, Ewa Ossowska włącza kamerę.

Mówi, że to dla wnuków, ale coś czuję, że nie o to jej chodzi.

- Przyjeżdżam na trochę, wyjeżdżam - i znowu. Wciąż mam tam dom. Ale powolutku zamykam swoje sprawy we Włoszech. Chcę być z rodziną. Jestem taką matką ze skrzydłami. Niedzielne obiady, modlitwa. Moje dzieci nigdy się tam nie odnalazły.

- Dlaczego nic im pani nie mówiła?

- Tyle przeszli w związku z moją emigracją za pracą. Gdybym w tym świetle ich niezadowolenia mówiła im, co zrobiłam dla Polski, ja bym w nich coś zabiła. Nie chciałam im mącić w głowach.

Pytam o Wrocław, tam dorastała. Miała trzy siostry. Ojciec pracował w zakładach lotniczych.

- Myśmy się uczyli w szkołach komunistycznych. Ja byłam bardzo pilna, we wszystko wierzyłam. Ojciec nigdy nie wstąpił do partii, wychowywał nas w duchu katolickim, nie godził się z komunizmem. Między nami zaiskrzyła niezgoda. Poznałam Stasia Ossowskiego, młodo wyszłam za mąż, trafiłam do Gdańska. Znalazłam takie pismo opozycyjne "Bratniak", zaczęłam je czytać. I nagle coś we mnie pękło. Zrozumiałam, jak bardzo się pomyliłam w stosunku do mojego ojca. Tam na końcu były chyba trzy adresy. Ja mieszkałam 150 metrów od Wałęsy.

- I tak po prostu pani zapukała? "Dzień dobry, mam na imię Ewa"?

- Otworzył mi on. Na początku tylko roznosiłam bibułę, latałam na jakieś zebrania, Rolanda brałam w wózek, w nocy coś rozrzucałam. Potem podjęłam pracę w kiosku Ruchu - i tam już przychodziły paczki pomieszane z gazetami. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z ryzyka. Myślałam tylko, że to jest słuszne i to trzeba zrobić, więc cały wszechświat się do mnie dostosuje.

Pytam, jak znalazła się w stoczni. Miała wtedy 19 lat. Już się rozstała z Ossowskim, pracę w kiosku straciła. Synek był na wakacjach z dziadkiem.

- Wysłała mnie Danuta Wałęsa, żebym sprawdziła, co się tam dzieje. I zostałam. Wałęsa najpierw kazał mi czekać. Ale tam wszyscy czekali. Byłam jedyna pośród rzeszy facetów. Zaczęli się do mnie dosiadać, szczególnie Janek Sobótka. To był mój anioł stróż. Mówi: "Słuchaj, trzeba jakieś jedzenie załatwić". Wyszliśmy. Pieniędzy nie mamy, w sklepach nic nie ma. Zaczęliśmy chodzić od mieszkania do mieszkania. Raz nam otworzyła dystyngowana pani. Mówimy, że zaczął się strajk, stoczniowcy nie wyszli na obiad. Zaprosiła nas do środka, otworzyła lodówkę i tak zgarnęła całe jedzenie ramieniem. A miała dużo. I powiedziała: "Zapomnijcie ten adres. Mój mąż w tej chwili obraduje w białym domu".

Nie wiem jak, ale z tych trzech czy czterech toreb nakarmiłam rzeszę ludzi. Rosło mi to w rękach, kochana! Zostałam od razu zaakceptowana jako oczywisty członek strajku. Trzy noce żeśmy nie spali, broniliśmy bram. Gdzieś tam na trawniku przez chwilę. Potem mi znaleźli w maszynowni styropian, ktoś mi dał biały sweter. Byłam wszędzie. "Ewa, lecimy tu", "Ewa, trzeba załatwić to".

No i przyszła sobota, ten trzeci dzień. Decydujący. Jedyny. Wie pani co? Ja widziałam w tych ludziach zawód. Tak jakby całość czuła, że to nie jest to. Że myśmy nic nie osiągnęli. Ale taka fala uderzyła i oni zaczęli uciekać. Patrzę na Anię Walentynowicz, na Alinkę Pienkowską, lecimy pod drugą bramę. One mówiły, prosiły robotników, ale nie mogły zamknąć tej bramy. Podeszłam: "Słuchajcie, nie wiem jak, ale ja ją zamknę. Ty leć na pierwszą, a ty na trzecią". I ja tę bramę zamknęłam.

Cnota i Młodość

Edmund Szczesiak, "Okno na wolność": "Przy drugiej trwał nadal Hyde Park. Ktoś oskarżał komitet strajkowy, że zdradził. Młoda dziewczyna przypuściła atak: stoczniowcy, nie mogę na was patrzeć, jak mogliście coś takiego zrobić? Mówiła z emocją, rozżaleniem. Nawoływała do pozostania".

Timothy Garton Ash, "Polska rewolucja": "Wałęsa wysłuchał protestów, wyczuł gniew ludzi i szybko zmienił zdanie. (...) Przez godzinę jeździł po Stoczni na elektrycznym wózku, otoczony przez posągową Annę Walentynowicz z jednej i dziewczęcą Ewę Ossowską z drugiej strony. Był to jakby jakiś niezwykły pojazd karnawałowy, symbolizujący Walkę Robotników wspieranych przez Cnotę i Młodość".

Wałęsa mnie spycha

- Myśmy się zdecydowali na śmierć - mówi Ossowska. - Została nas garstka. Mogli z nami zrobić wszystko, mógł być znowu 1970 rok. Jak przyjechały telewizje, dziennikarze ze świata, byliśmy chronieni, ale jeszcze nie wtedy. Nie wiem, jak ich zatrzymałam. Prawdopodobnie oni wszyscy byli we mnie zakochani.
W poniedziałek robotnicy zaczęli wracać. Były apele do dyrektora Gniecha, żeby zwrócił radiowęzeł. Ktoś mnie pociągnął: "Ewa, musisz ty tam iść". Dyskusja trwała długo, była rozrywkowa, ale konkretna. W wielkim stylu. Zarzucił mi, że nie jestem ze stoczni. "Ale niech pan zobaczy, jestem z taką rzeszą ludzi. A pan jest sam".

Gniech mówi w swoich relacjach: "Ta młoda dziewczyna już mnie przekonała, żeby oddać ten radiowęzeł". Wtedy wkroczył Wałęsa. To jest zawsze ten moment, gdy jest wszystko gotowe, tylko przyjść i zjeść. Powiedział takim tonem: "Proszę nam oddać radiowęzeł. Jak pan nie odda, to idę pana zaaresztować".

Ale ja już miałam kolejne zadanie: przekonać Stocznię Remontową, żeby była z nami. Oni mówili, że będą strajkować sami, bo w Stoczni Gdańskiej urzęduje KOR. Zaczęłam z nimi rozmawiać, posłuchali mnie. Idę z tymi robotnikami z Remontowej do Gdańskiej, patrzę, a na wózku jedzie Wałęsa i ciągnie za sobą całą załogę. Myślę: podlecę, powiem, co i jak. Wchodzę na ten wózek, a on mnie z niego spycha.

TW

Latem 1981 roku por. Andrzej Grubba sporządza notatkę po spotkaniu z TW "Henryk" (archiwum IPN):

"Obecnie Ossowska twierdzi, że ocenia ludzi z góry Solidarności zupełnie inaczej. Pierwsze rozdźwięki pomiędzy nią a Wałęsą nastąpiły jeszcze w okresie strajkowym. Ossowska udzieliła w tym czasie bez zgody Wałęsy wywiadu dziennikarce szwedzkiej MIKE LARSEN. W wywiadzie tym przedstawiła genezę i cele Solidarności tak, jak sama to odczuwała. Wałęsa miał o to pretensje, ponieważ dziennikarka szwedzka wydała na podstawie rozmów z Ossowską książkę, która ukazała się w Szwecji. Ossowska odsunięta została od Wałęsy, związała się natomiast mocniej z Anną Walentynowicz. W tym czasie, jak stwierdziła w rozmowie z t.w., otworzyły jej się oczy na wiele spraw. Przede wszystkim negatywnie nastawił ją do Wałęsy i Walentynowicz sposób gospodarowania funduszami związku. (...) To miało ją podobno zniechęcić całkowicie do działaczy Solidarności , stwierdziła, że co innego mówią i robią we własnym gronie, co innego natomiast na pokaz dla robotników. Uważa, że są to osoby, które ponosi ambicja i tylko własne cele są dla nich nadrzędne".

Składam wniosek o ustalenie tożsamości "t.w.". Dostaję odpowiedź, że to niemożliwe - pseudonim "Henryk" był w tym czasie zbyt popularny.

Jak złapać dusze

"Mike Larsen" to tak naprawdę Mika Larsson. Zdobywam jej maila. Piszę raz i drugi. Odpowiada po dwóch tygodniach. Przeprasza, tyle się działo. I trochę jej głupio. Była pewna, że ma kasety ze stoczni, o które pytam, ale okazało się, że nagrała na nich co innego. Jej książka to "Det började i Gdansk" ("Zaczęło się w Gdańsku"), nigdy nie wyszła po polsku. Pisała ją na gorąco. Jadąc do Warszawy, zabierze egzemplarz.

- To kronika strajku - mówi mi przy herbacie. - Ewa miała w stoczni chłopaka, Janusza Sobótkę, zawsze był przy niej. Piękny blondyn, typ aktora. Ona była od niego silniejsza, on był taki romantyczny. Nagrałam rozmowy z nimi obojgiem. Książkę pisałam w październiku 1980 roku, miałam wtedy te kasety, więc cytaty są dokładne. Nie wiedziałam, czy sytuacja jest bezpieczna, więc Ewa pojawia się jako Ewa, ale też jako Maria i jako Jadwiga.

Pytam Mikę, czy Ossowska miała charyzmę. Lech mógł się czuć zagrożony? Dziennikarka szuka lepszego słowa.

Po zastanowieniu wysyła mi maila:

"Ewa miała zaskakujący autorytet, tak jakby wrodzony. Język ciała - sposób chodzenia, ten kark prosty, zdecydowany, jej proste spojrzenie, intensywna koncentracja, gdy słuchała drugiego człowieka - to wszystko promieniowało autorytetem. Kiedy inni mieli chociaż krótkie wahanie, Ewa wiedziała od razu, co w każdym momencie robić. I robiła! Reagowała instynktownie i całkiem bez obawy, bez wahania. I mądrze! Kiedy mówiła do tłumu przez megafon, nikt nie myślał o jej młodym wieku, bo ten jej naturalny autorytet wykreślał wiek. Wiedziała po prostu, jak złapać dusze ludzi, jakimi słowami ich dotykać głęboko. Kiedy się na coś zdecydowała, ludzie po prostu czuli, że ona ma rację. Czuli, że jej chodziło nie o własny prestiż, ale o sukces ich wszystkich. Jakoś instynktownie wiedziała, jak u nich budzić poczucie solidarności i poczucie siły. W niej była odwaga".

Skąd ona nagle?

Wódz wrócił do stoczni.

Lech Wałęsa przyjmuje mnie w gabinecie na piętrze Europejskiego Centrum Solidarności. Drogie meble, elektroniczne gadżety, na ścianie Jan Paweł II, Piłsudski i krzyż. Rozmowie przysłuchują się trzy osoby z jego biura.

- Czy pamięta pan Ewę Ossowską?

- Trochę tak. Znajoma ze Stogów. Była dość bystra, sprytna dziewczyna. Na początku strajku przyłączyła się trochę do naszej walki. Skąd ona nagle?

Wyjaśniam.

- A przyznaje się, że współpracowała z bezpieką?
- To nieprawda, sprawdziłam.

Cisza.

- A widzi pani - mówi po chwili. - Wtedy ktoś puścił taką bujdę. Zaczęliśmy ją od razu traktować ostrożniej. Sprawdzić nie można było.

Na kolejne pytania o Ewę odpowiada: "Nie pamiętam" albo "Następne pytanie".

Zagajam o dzień zamykania bram.

- Pierwszy komitet strajkowy był nasycony ludźmi nieodpowiednimi, pewnie i agentami. Los dał nam osiągnąć postulaty, które założyliśmy, mogłem tylko i wyłącznie ogłosić koniec strajku. Ale los dał nam też prezent: ci ludzie słabi i nieodpowiedni jako pierwsi zdezerterowali. Wtedy ja wybrałem swoich i mogliśmy walczyć dalej. Wykorzystałem sytuację maksymalnie. Te dziewczyny nie zatrzymały nikogo, kto by nie chciał być zatrzymany. Niech nie gadają głupot.

Próbuję protestować: - Ale ich rola była ważna, bo...

- Nie no, w ogóle rola kobiet była wielka, nie żartujmy - wódz mi przerywa. - Walczyły na równi z nami, a jako kobiety robiły jeszcze dodatkowe rzeczy, wspomagały. Tylko o tym się nie mówi, bo po co? Wiele elementów nie jest rozpatrywanych. Dlaczego nie piszecie o tym, jaka grupa pracowała przeciwko mnie? Czy była międzynarodowa? Ile razy ratowałem strajk, kiedy się kompletnie załamał? To był łańcuch zdarzeń, ja nie mogę wyjąć jednego ogniwa, kobiety wyjąć. Ktoś chce o kobietach, proszę bardzo, ale nie w koncepcji, że myśmy to robili celowo, że ambicjonalnie je odsuwaliśmy.

- To dlaczego tylko jedna kobieta była przy Okrągłym Stole?

- Dobieraliśmy w Warszawie, do potrzeb tu i teraz, do dyspozycyjności. A kobiety są bardziej odpowiedzialne, więc zajmują się przyziemnymi sprawami. To mężczyźni bawią się w politykę i różne inne zabawki.

Na uwagę, że stoczniowcy też nie są doceniani, dowiaduję się, że większość dzisiejszych bohaterów bała się ulotki.

Na koniec zaprasza mnie do zdjęcia. Gdy kilka godzin później przypominam sobie, by zajrzeć na jego mikroblog, okazuje się, że w międzyczasie zdążył wrzucić cztery inne fotografie.

Tak nie można

Na łamach "Tygodnika Powszechnego" Pienkowska mówiła Burnetce: "Lechu zaprzecza, niestety, a to kobiety trzeciego dnia uratowały strajk, kiedy zamknęły bramy stoczni. Niech Lechu nie zaprzecza, bo fizycznie ktoś te bramy zamknął. A gdyby nie zamknąć, to wszyscy by wyszli. W opisywaniu trzeciego dnia strajku były totalne manipulacje. Jak Leszek Kaczyński był w zgodzie z Lechem, to ten trzeci dzień był traktowany jako nieważny, nie mający znaczenia dla historii. Jak się pokłócili, to Leszek w gazetach zaczął ten trzeci dzień opisywać właściwie. Tak nie można, albo - albo".

Płacz wodza

Siedzę z tłumaczką Barbarą Gawryluk i odczyniamy uroki. Wypowiedziane po polsku słowa Ossowskiej czytamy po szwedzku i próbujemy przywrócić z powrotem polszczyźnie.

"Nasze matki nie czekają na 1500 złotych, one czekają na walkę o lepsze życie" - miała powiedzieć stoczniowcom przy bramie.

O dyskusji w Remontowej Larsson pisze: "Ewa mówiła jak w transie. Nawet tam udało jej się odwrócić nastrój. Rozległy się okrzyki Brawo! , ludzie zaczęli płakać".

Mika wkrótce się odzywa. Jedna kaseta się zachowała.

Z przeszłości przemawia do mnie 19-letnia Ossowska. Głos ma spokojny i pewny. Razem z Sobótką tłumaczą szwedzkiej dziennikarce, dlaczego msza jest dla polskich stoczniowców tak ważna. Opowiadają jej, jak z własnej inicjatywy postawili krzyż dla upamiętnienia ofiar Grudnia '70 (w tym miejscu stanie później pomnik).
Na koniec okazuje się, że historia radiowęzła ma puentę.

Głos z kasety: "Po 15 minutach przyszedł Leszek i mówi: Panie dyrektorze, idę do pana, żeby pana zaaresztować w imieniu robotników tu stojących . Niestety, po paru sekundach wrócił, rozpłakał się i powiedział: Wybaczcie, ja byłem tyle razy w swoim życiu aresztowany i nie potrafię zaaresztować człowieka ".

Odsłuchuję kilka razy. Jest wyraźnie: "rozpłakał się".

Kilka powodów

Dlaczego o Ewie się nie mówi?

Najłatwiej: bo była kobietą i zepchnęły ją na margines męskie ambicje. To też, ale sprawa jest bardziej złożona. Gdy pytam, moi rozmówcy proszą, żeby wyłączyć dyktafon.

Po pierwsze, podejrzewano ją o współpracę z bezpieką (niesłusznie).

Po drugie, miała sprawę kryminalną o przestępstwo z art. 203 ówczesnego kodeksu karnego. Sprawdzam. Mowa o kradzieży. Jeden z moich informatorów twierdzi, że to Stanisław Ossowski podbierał jej w kiosku pieniądze. Straciła pracę, ale wszystko spłaciła. Składam wniosek o wgląd do akt, ale już zostały zniszczone. Gdy pytam, Ewa zmienia temat.

Drogoń twierdzi, że Wałęsa pożyczył jej część pieniędzy, a po strajku odpracowała je u niego w sekretariacie. Wałęsa mówi, że nie pamięta. Borusewicz, że to możliwe.

Trzeci powód jest dość kuriozalny.

- Miała złą reputację - słyszę.

- Że co?! Kobieta zrobiła tyle dla Polski, a ludziom przeszkadza, że korzystała z młodości? Dlaczego nie wypominacie tego mężczyznom?

- Proszę pani, myśmy żyli w stoczni jak w klasztorze - mówi mi jeden z rozmówców. - Nawet alkoholu nie piliśmy, była prohibicja. A ona tam nawiązała różne znajomości. Proszę pamiętać, to były inne czasy. Jak się taka kręciła koło przywódcy, młoda i ładna, to nie wyglądało za dobrze. Na bohaterkę i symbol strajku lepiej nadawała się Walentynowicz.

I po czwarte, Ossowska sama rzuca oskarżenia. O Henryce Krzywonos mówi mi, że prawdopodobnie była łamistrajkiem. Krzywonos na hasło "Ossowska" tylko się irytuje.

Nieskończona rozmowa

Ewa mi się wymyka.

Próbuję zebrać fakty o jej życiu po strajku. Prawdopodobnie zrobiła maturę i jakiś kurs księgowości, pracowała w różnych zakładach, wreszcie bezrobocie zmusiło ją do emigracji. Miała chyba jeszcze dwóch mężów, ostatni był Włochem. Zmarł nie tak dawno. Gdy odwiedzili ją z kamerą Śliwowski i Dzido, żyła z wynajmowania pokojów pielgrzymom. W rozmowie ze mną wspomniała, że za granicą pracowała z niepełnosprawnymi. Ma dwóch synów i córkę oraz dwóch wnuków i wnuczkę. Nie wiem nawet, jakiego obecnie używa nazwiska.

Obiecała mi jeszcze spotkanie, ale poleciała do Włoch. Czekam cierpliwie, dzwonię regularnie. Wreszcie odbiera.

- Nie skończymy tej rozmowy, musi pani wystarczyć to, co pani ma. Nie chodzi o panią, życzę pani wszystkiego dobrego. Ja w ogóle nie udzielam wywiadów, zrobiłam dla pani wyjątek. Po prostu czuję, że nie. Nie będziemy się już kontaktować.

Trzask.
Miałam jej przekazać uściski od Miki. Chciałam zapytać, co robiła w czasie stanu wojennego. Czy - jak kiedyś "Bratniaka" - czytała "Tygodnik Mazowsze". Na pierwszej stronie redaktorki zamieszczały zawsze cytat z Wałęsy:

"Solidarności nie da się podzielić ani zniszczyć".

Dziękuję za pomoc Marcie Dzido, Rafałowi Dyrczowi, Barbarze Gawryluk, Justynie Kubik, Mice Larsson, Piotrowi Śliwowskiemu oraz kilku osobom, których nie mogę wymienić z nazwiska. I Ewie


Эва Оссовска в 2014 году
© Emotikon Film
Tags: polskie piekiełko, люди
Subscribe
  • Post a new comment

    Error

    Anonymous comments are disabled in this journal

    default userpic

    Your reply will be screened

    Your IP address will be recorded 

  • 3 comments