Tom Tom (just_tom) wrote,
Tom Tom
just_tom

Конец пражской весны

Пятьдесят лет тому назад СССР во главе братьев по лагерю оказал братскому же чехословацкому народу интернациональную помощь. Одни мой дальний знакомый, будучи тогда студентом, в этот день как раз возвращался со стажировки в Праге. Когда он узнал, что произошло, то решил, что это была чудовищная ошибка, потому что как раз таким, как в Чехословакии, и должен быть социализм. И написал письмо в Политбюро ЦК. Ничего страшного с ним не произошло, просто КГБ завело на него папку. Времена были уже вполне травоядные.

В журнале "Ale Historia", приложении к "Газете Выборчей", очень страшная история о том, как 7 сентября 1968 года в городке Йичин пьяный польский солдат Стефан Дорна зверски расстрелял случайно подвернувшихся ему двух чехов. Дело, как могли, замяли, солдата приговорили к расстрелу, но потом заменили на 25 лет, а спустя 15 лет помиловали. Он жив до сих пор, примерный семьянин, прошлое ворошить не хочет. Под катом полный текст по-польски, так как на сайте он доступен только по абонементу.

Jak zabito Praską Wiosnę. Polska zbrodnia na skrzyżowaniu w Jicinie

Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz

Nazywa się Vitezslav Klimeš. Jego nazwisko znalazłem w kronice miasta Jicina. (Notatka z 7 września 1968 r. o najbardziej przerażającym dniu w historii miasta).

50 lat temu mieszkał w kamienicy przy ulicy Markovej 119, blisko dzisiejszego motelu Rumcajs, na skrzyżowaniu dwóch najważniejszych dróg wyjazdowych z miasta – na Turnov i na Mladá Boleslav. To skrzyżowanie miejscowi nazywali Na Letné.

Ale dawno się stamtąd wyprowadził. Dziś mieszka we wsi D. między Jicinem a Novą Paką. Na końcu krętej drogi. Dom z ogrodem. Ma 72 lata i siwe włosy. Z zawodu – blacharz samochodowy, z wyglądu – zapaśnik. Nie odpowiada na polskie „dzień dobry”. Patrzy nieufnie. Bąka coś nieprzyjemnego pod nosem. I cały rozdygotany podchodzi do furtki, by wygarnąć: – Dostaję gęsiej skórki, jak słyszę ten wasz język. – I zaraz trzęsą mu się ręce i głos się łamie. – Zasrany skurwiel, gnój, trzema seriami bym go wykończył – syczy ze złości.

Pod budką telefoniczną

Pamięta wszystko. Że 50 lat temu wieczór był ciepły, że wszyscy byli młodzi. Że miał na imię Jaroslav, ale mówili na niego Jarda, mieszkał przy ulicy Zahradnické, jego matka była sklepową, a on z zawodu modelarzem. Miał piękny głos i z tego był znany w Jicinie. Śpiewał z orkiestrą taneczną. Więc kiedy Vitio zobaczył, jak Jarda wraca w nocy z miasta, to dobiegł do niego, by się z nim przywitać. Jarda był z dwiema dziewczynami – Janą i Bohuną. Odprowadzał je z kina do domu. Pod budką telefoniczną na skrzyżowaniu Na Letné mieli się wszyscy pożegnać i rozejść. Wtedy z naprzeciwka nadeszło tych pięciu. Szli od strony Sobotki, ulicą marszałka Koniewa, a oni Kollárovą, od stawu rybnego, ale po drugiej stronie chodnika.

 
 

Tamci byli w mundurach. Karabiny bujały im się na paskach. Mocno pijani, agresywni, głośni. – Miałem ich w nosie. Nie wchodziliśmy im w drogę, nie prowokowaliśmy, ignorowaliśmy. Nie chcieliśmy awantur. Chcieliśmy szybko wrócić do domu – opowiada.

Tamci śpiewali, krzyczeli, gwizdali. „Nie zwracajmy uwagi, poczekajmy, aż pójdą” – powiedział wtedy do Bohuny. Minęli się przy skrzyżowaniu, a potem poszli dalej, aż do sklepu Pramen przy Kollárovej. Tam się zatrzymali. Zaczęli się o coś kłócić i szarpać.

Usłyszał wtedy coś jakby brzęczenie rozklekotanej kosiarki. I Jarda jęknął, złapał się nagle za nogę, zakołysał i upadł. Obok niego padła Bohuna. Chwycił wtedy tę drugą dziewczynę wpół, powalił na ziemię, by własnym ciałem ją chronić przed następnymi strzałami.

 

Po drugiej stronie ulicy słychać było krzyki i szamotaninę. Żołnierze nawoływali się nerwowo i biegali. Jakby walczyli ze sobą. Nagle znowu zabrzęczała kosiarka. Musiał dostać któryś z tamtych. Słychać było, jak krzyknął z bólu.

I wtedy jeden z żołnierzy z ciemności wyszedł w światło ulicznej lampy. Na skos, przez skrzyżowanie. Szedł, wpatrując się w mrok, w którym stali. Miał karabin gotowy do strzału.

Jarda wił się z bólu na trawniku. Na nim leżała Bohuna. Zatykała mu usta rękami, żeby zbyt głośno nie jęczał, bo ściągnie tego żołnierza. Ale było już za późno, bo żołnierz zmierzał do nich wielkimi krokami.

Vitezslav powiedział dziewczynom, że idzie po pomoc, i zdążył się jeszcze wyczołgać za budkę telefoniczną. Z ukrycia, przez szybę, obserwował człowieka idącego z karabinem przez skrzyżowanie. Podszedł blisko Bohuny. Obok niej leżała ta druga dziewczyna – Jana. Nie ruszała się. Udawała martwą. Ale z oczu ciekły jej łzy, więc kiedy żołnierz podszedł bliżej, zorientował się, że żyje. Szarpał ją, bił po twarzy, zerwał jej zegarek z ręki.

 

Potem położył się przy Bohunie.

A Jarda wciąż zwijał się z bólu, jęczał i krzyczał, że odstrzelili mu nogę. Wołał: „Vitio!” – i błagał o pomoc. Żołnierz wyjął z torebki dziewczyny parasol, rozłożył i rozstawił jej nad głową. Kazał patrzeć w ziemię, zatkać uszy, jakby chciał ją ochronić przed tym, co za chwilę się stanie.

Podszedł do Jardy, przeładował karabin. Mierzył mu w głowę. Jarda podniósł się na ręce, drugą wyciągnął do żołnierza. „Nie wygłupiaj się, człowieku, przecież ja też byłem w wojsku...”.

Nie skończył, bo zagłuszył go huk z automatu. Żołnierz strzelał tak długo, aż zabrakło mu naboi w magazynku.

Między wymianą pustego magazynka na pełny Vitezslav Klimeš poderwał się zza budki telefonicznej i pobiegł na drugą stronę ulicy, a potem dalej, po pomoc.

 

Zastrzelony przez Dornę 24-letni Jaroslav Vesel�, zwany przez koleg�w Jardą. Z zawodu modelarz drzewny, z zamiłowania muzyk, w Jicinie był znany z tego, że pięknie śpiewał z miejscową orkiestrą. Został trafiony dziesięcioma kulami, w tym dwukrotnie w głowę. Zdjęcie pochodzi z materiał�w zebranych podczas śledztwa

 

Przy pomniku

To wszystko działo się tu, gdzie teraz stoimy. Przy marmurowym pomniczku pamięci „Zastrzelonych przez przedstawiciela polskich wojsk okupacyjnych”. Tu 50 lat temu na jego oczach umierał Jarda Veselý. Skromny pomnik ustawiono dopiero po upadku komunizmu, bo wcześniej nie można było o zabitych nawet wspominać.

Przyjechaliśmy tu, bo Vitezslav Klimeš chciał mi dokładnie pokazać, skąd uciekał i skąd nadszedł morderca. Tu stała budka, tam był sklep Pramen, tam dalej hotel.

Wskazuje na budynki, które wtedy zostały ostrzelane, i na szary dom przy skrzyżowaniu, w którym 50 lat temu czekali na niego rodzice.

– Ten gnój każdego z nas mógł trafić. Trafił Jardę – znów drży mu głos. – Pamiętam każde słowo i widzę to wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Czy coś jeszcze mogłem zrobić? Czy mogłem go powstrzymać? Czy gdybym został, ocaliłbym mamę? Ciągle się nad tym zastanawiam.

Naciśnij

To, co się działo potem, świadkowie zapamiętali tylko w kawałkach. 19-letnia Bohuna Brumlichová zapamiętała ciszę, która zapanowała, gdy ustały serie wystrzałów, gorącą lufę karabinu, którą żołnierz dotknął jej nóg, i to, że choć Jarda się już nie ruszał, to wciąż miał otwarte oczy. Widziała, jak z domu przy skrzyżowaniu wybiegają rodzice Vitia.

Pierwsza biegła mama – Zdena Klimešová – w zarzuconym na koszulę nocną szlafroku w pepitkę. Za nią pan Oldrich – ojciec Vitia. Gdy żołnierz ich zobaczył, poprosił, żeby znów spojrzała w ziemię.

 

Zwłoki Zdenki Klimešowej, do której szeregowy Dorna wystrzelił serię z kałasznikowa. 58-letnia kobieta, robotnica jednego z miejscowych zakładów, zginęła na miejscu. Lekarze podczas sekcji zwłok stwierdzili w jej ciele siedem ran postrzałowych, śmiertelna okazała się kula, która trafiła ją w głowę. Zdjęcie pochodzi z materiałów zebranych podczas śledztwa

 

20-letni Petr Androvics, który z parku obserwował oświetlone skrzyżowanie, zapamiętał biegnącą ulicą kobietę. Krzyczała: „Vitio, Vitio, Vitio!”.

Pamięta też żołnierza składającego się do strzału i to, że kobieta upadła blisko budki telefonicznej. Mężczyzna, który biegł za nią, padł przy rogu chodnika. Ona się już nie ruszała. On próbował wczołgać się na chodnik.

21-letnia Jana Jencková, która leżała obok Bohuny, zapamiętała, że po każdym strzale wyglądało, jakby pani Klimešovej plecy wyrywało. Upadła na ulicę i leżała na boku, gdy żołnierz podszedł do niej i wpakował w nią całą serię. Następnie stanął nad ojcem Vita, który był ranny i nie mógł uciekać. W niego też wpakował serię. Potem zaczął strzelać do przejeżdżających przez skrzyżowanie samochodów.

Gdy skończył, podszedł do Bohuny, przeładował automat, obrócił lufę do piersi, nakierował jej palec na spust i poprosił: „Naciśnij”.

„Mówił, że nie chce żyć” – zeznała Bohuna. „Widać było w świetle latarni, że idą mu łzy z oczu” – dodała.

Położył się przy niej i wplótł place w jej włosy. Wtedy podjechała ciężarówka, z której wysiadło dwóch polskich wojskowych. Zaszli go od tyłu, zabrali mu broń, szarpali i kopali. Krzyczeli „kurwa” i kopniakami wepchnęli do budki telefonicznej. Siedział tam, aż od strony Sobotki nadjechał wojskowy transporter opancerzony. Wysiadł z niego polski oficer, niski, mocno zbudowany, który kazał aresztować żołnierza.

To major Józef Drzażdzyński – dowódca 4. Kompanii Czołgów 8. Pułku Czołgów 11. Dywizji Pancernej, która wkroczyła na terytorium Czechosłowacji w nocy z 20 na 21 sierpnia 1968 r.

„Panie majorze – mówi do niego żołnierz. – Nie tak ostro. Tu się nic nie stało”.

 

Budka telefoniczna podziurawiona pociskami wystrzelonymi przez Dornę. Zdjęcie pochodzi z materiał�w zebranych podczas śledztwa

 

Nie bracia, ale mordercy

Vitezslav Klimeš pamięta, że gdy wrócił na skrzyżowanie, było tam już mnóstwo ludzi. Na ulicy stały wojskowe samochody, milicyjne radiowozy i karetki. Mama leżała nakryta kocem. Podbiegł do znajomego lekarza, szarpał go za klapy marynarki i pytał, co z nią.

– Nic nie mogę pomóc – powtarzał lekarz. – To nie była jedna kulka. On w nią wpakował trzy serie – tłumaczy dziś Vitezslav.

Jego ojciec też był ranny. Vitio pojechał z nim karetką do szpitala. Ojciec opowiadał, jak z matką usłyszeli serię z automatu, jak ktoś krzyczał imię syna i jak wybiegli z domu. Opowiadał, jak leżał ranny na ziemi i jak tamten podszedł, by go zastrzelić. I że ocalał cudem, bo tamten był bardzo pijany. Może nawet widział podwójnie? Bo gdy zaczął strzelać, nie trafił z najbliższej odległości.

Ojciec był ranny w ramię. Całą rękę miał rozpłataną. W szpitalu powiedzieli, że ręka będzie do końca życia niesprawna. Ojciec próbował jeszcze potem pracować, ale się nie dało. Miał powykręcane place.

Pamięta, że w całym Jicinie wisiały czarne flagi w oknach, a na murach nekrologi z godłem państwowym i nazwiskami Jardy i jego matki. Po mieście krążyła ulotka napisana przez robotników Agrostoju, największej w okolicy fabryki: Tak bestialskiego czynu nie odnotowaliśmy w naszym mieście, powiecie, republice od czasu faszystowskiej okupacji. Do czasu inwazji uznawaliśmy naród polski i armię za swoich braci i sojuszników, z którymi walczyliśmy przez wieki przeciwko wspólnemu wrogowi. Ale teraz, niestety, zmuszeni jesteśmy patrzeć na nich jak na morderców i gwałcicieli.

Robotnicy z Agrostoju przynieśli też ze sobą dwa niewielkie drewniane krzyże. Na każdym była tabliczka z imieniem i nazwiskiem zabitego. Ustawili je na trawniku przy budce. Pod krzyżami spotykali się codziennie mieszkańcy Jicina. Rano przynosili kwiaty, wieczorem zapalali świeczki.

Następnego dnia Vitezslav zorientował się, że jest poszukiwany przez polskich żołnierzy.

– Bałem się, że to się źle skończy. Wyjechałem na tydzień z Jicina do krewnych. Po prostu nie byłem w stanie zeznawać – mówi.

Wypadek skanalizowany

To, co działo się wtedy w polskim sztabie operacji „Dunaj”, odtwarzam na podstawie archiwalnych meldunków specjalnych, sprawozdań operacyjnych, notatek służbowych, rozkazów dziennych.

Następnego dnia o 6.40 rano pierwszy, mało precyzyjny meldunek o strzelaninie w Jicinie trafia do rąk dowódcy 2. Armii Wojska Polskiego generała broni Floriana Siwickiego. To on dowodzi inwazją na Czechosłowację. Doszło do awantury w miejscowej restauracji pomiędzy czterema żołnierzami Wojska Polskiego a miejscowymi Czechosłowakami. Nie wiadomo, kto sprowokował awanturę.

Później meldunek uzupełniono o ważny szczegół – że żołnierze po południu zostali poczęstowani wódką przez Czechów i że udali się do miasta w stanie zamroczenia alkoholowego.

O 8 generał Siwicki rozmawia telefonicznie z przewodniczącym Wojewódzkiej Rady Narodowej w Hradec Králové i komendantem wojewódzkiej milicji. Liczymy się z manifestacją ludności Jicina – notuje po rozmowie.

Władze Jicina informują Polaków, że nie są w stanie przewidzieć, co się stanie w trakcie pogrzebu zamordowanych. By rozładować napięcie, generał Siwicki proponuje wycofać kompanię czołgów stacjonujących pod miastem, odwołać dowódcę pułku i zaproponować rodzinom zabitych i rannych wysokie odszkodowania.

Chce jak najszybciej osądzić winnych. Proces miałby się odbywać na terenie stacjonowania polskich wojsk. Pomysł szybko upada, bo w świetle prawa sąd nie może działać poza terytorium PRL.

O 17.15 zastępca Siwickiego do spraw politycznych generał Włodzimierz Sawczuk spotyka się z dowódcą okręgu wojskowego Czechosłowackiej Armii Ludowej generałem Vasilem Valą. Z zachowanych notatek wynika, że polskie wojsko naciska na Czechów, by całkowicie wyciszyć sprawę.

W meldunkach wysyłanych do Warszawy dowództwo 2. Armii Wojska Polskiego zapewnia MON o swojej skuteczności: Operatywne zadziałanie naszych przedstawicieli spowodowało, że wypadek ten został skanalizowany, a wszelkie próby rozpowszechniania o nim wiadomości zostały udaremnione. Między innymi zdecydowanie nie wyrażono zgody na opublikowanie w prasie wojewódzkiej informacji o wypadku, mimo że miejscowe władze nalegały na to usilnie.

Na ręce polskiego ambasadora w Pradze czeskie MSZ złożyło notę protestacyjną: Żądamy, aby strona czechosłowacka została poinformowana o krokach, które w tej sprawie polskie urzędy poczynią.

Na placu Gottwalda

Z danych operacyjnych Wojska Polskiego wynika, że pogrzeb ma się odbyć 12 września i ma się stać wielką manifestacją przeciwko inwazji wojsk Układu Warszawskiego. W 15-tysięcznym Jicinie może się nawet zjawić kilka tysięcy żałobników. I mają być przemówienia – jak na wiecu.

Wrogie elementy wykorzystują wypadki z7/8 września i rozwinęły pracę propagandową przeciwko naszym wojskom – napływają meldunki do sztabu 2. Armii. Władze wojskowe naciskają więc na urzędników z Jicina i z Hradec Králové, by nie dopuścić do organizacji publicznego pogrzebu na rynku. W Radzie Narodowej w Jicinie pojawiają się nawet w tej sprawie przedstawiciele polskiego Ministerstwa Obrony Narodowej – wiceminister MON gen. Tadeusz Tuczapski i szef Głównego Zarządu Politycznego WP gen. Józef Urbanowicz.

Wszystko na nic. Pogrzeb rozpoczyna się o godzinie 14 na Gottwaldove námesti – największym placu w mieście. Trumny ustawione są na katafalku w centralnym punkcie rynku – pod filarami, na wysokości dzisiejszego biura informacji turystycznej. Przy nich nazwiska ofiar. Z tyłu czarny kilim z datą – 7.09.1968. Obok trumien warty honorowe.

Plac zapełnił się ludźmi, którzy przynieśli wiązanki i wieńce, aby uczcić pamięć tych, którzy zginęli z rąk bezlitosnego mordercy – to opis z kroniki Jicina.

Na starych zdjęciach widać rynek wypełniony po brzegi ludźmi. Dziewczęta w białych sukienkach kroczą przed karawanem, za nim chłopcy w czarnych garniturach niosą wieńce i wiązanki kwiatów. Ciało Veselego zostało złożone na miejscowym cmentarzu, pani Klimešovej skremowane i przewiezione na cmentarz w Semily.

Z danych Ludowego Wojska Polskiego wynika, że w pogrzebie wzięło udział około 2 tys. mieszkańców. Nikt inny nie został wpuszczony do miasta, bo na rogatkach polskie wojsko i czeska milicja ustawiły blokady.

Odbyty w dniu wczorajszym pogrzeb dwóch ofiar zabitych przez szeregowego Dornę nie miał charakteru demonstracyjnego inie spowodował wystąpień politycznych. Zgromadzeni opuścili cmentarz natychmiast po spuszczeniu trumny – uspokajał Warszawę meldunek Głównego Zarządu Politycznego.

Wojsko za swój sukces uznaje również i to, że zablokowało wszelkie publikacje na temat pogrzebu w czechosłowackiej prasie. Dlatego o jednym z najważniejszych wydarzeń Praskiej Wiosny 1968 r. można przeczytać tylko małą notatkę na drugiej stronie dziennika „Pochoden”. W zasadzie dwa zdania podpisu pod zdjęciem, na którym widać trumny ustawione na Gottwaldove námesti. Z pierwszego można się dowiedzieć, że pogrążeni w smutku mieszkańcy Jicina pożegnali wczoraj dwoje zmarłych. Z drugiego – że przewodniczący Komitetu Centralnego Związku Młodzieży Czechosłowackiej uhonorował jednego z nich honorowym wpisem do Księgi Wieczystej ZMC. Nie można się natomiast dowiedzieć, z jakiego powodu ten pogrzeb.

Na śmierć

Klimeš pamięta, że sprawa krzyży stanęła niespodziewanie, już po pogrzebie, ale jeszcze przed procesem. Do taty przyszli jacyś ludzie. Powiedzieli, że pod krzyżem zatrzymują się różni ludzie, pytają, co się tam stało, a potem długo rozmawiają o strzelaninie i trupach.

– To nie robi dobrej atmosfery – mówią ojcu. – Musimy zabrać ten krzyż.

– Nie bardzo mi się to podobało – mówi. Ale ojciec nie protestował.

„Vitio, zostaw – powiedział. – Nic nie możemy zmienić”. I zabrali ten krzyż. Żeby nie rzucał się w oczy.

Pamięta, że Polacy czuli się winni i chcieli wziąć całą odpowiedzialność na siebie. Obiecywali rodzinom zastrzelonych milionowe odszkodowanie, ale władze czechosłowackie się nie zgodziły.

– Sami to załatwimy – obiecywały.

U ojca, który leżał w szpitalu, zjawił się ktoś z ubezpieczalni. Powiedział, że to wszystko jedno, jak matka zginęła. Dla ubezpieczalni jest to jak zwykły wypadek samochodowy. Wypłacili, ale grosze. Nikt się wtedy nie wykłócał o odszkodowanie.

W październiku zjawił się w fabryce milicjant. Powiedział, że trzeba pojechać do Polski. Wpakowali wszystkich świadków z Jicina do jednego autobusu i zawieźli do Kłodzka. Właśnie trwała rozprawa. Pierwszy raz go wtedy zobaczył. Niewysoki blondyn, krótko ostrzyżony. Przez całą rozprawę miał przyklejony do twarzy uśmiech.

– Gdy usłyszałem w sądzie ten język, dostałem gęsiej skórki, znów mnie sparaliżowało – opowiada.

Nigdy się nie zastanawiał, dlaczego proces odbywa się w Polsce. Interwencja sprawiła, że wszyscy byli przestraszeni i posłuszni, więc godzili się na wszystko. O sprawie szybko zrobiło się cicho. Ludzie przestali się nią interesować.

– Ze strachu srali w gacie i jak tylko ktoś wspomniał o strzelaninie, to mówili: był gnój, ale nic nie można było zrobić – wspomina.

Każdego roku we wrześniu na trawniku przy skrzyżowaniu Na Letné pojawiały się kwiaty i znicze. Szybko usuwała je stamtąd milicja.

Wyrok polskiego sądu garnizonowego przyszedł w liście. Na kilku stronach maszynopisu napisane było, że szeregowy Stefan Dorna został w trybie doraźnym skazany dwukrotnie na karę śmierci, utratę praw publicznych i honorowych na zawsze.

Strzelanie do bezbronnej kobiety oraz graniczące z bestialstwem zamordowanie Veselego wskazuje na potrzebę eliminowania takich osobników ze społeczności ludzkiej – uzasadniał sąd.

– Mamy mi to nie zwróci, ale niech już tak będzie – powiedział po przeczytaniu.

Wyrok wykonano

Proces jest błyskawiczny. W piątek (18 października) przesłuchani zostają wszyscy świadkowie, w sobotę (19 października) omawiane są ważniejsze dowody zebrane w śledztwie.

Prokurator domaga się kary śmierci, obrońca – terminowego więzienia. Oskarżony w ostatnim słowie o nic nie prosi. Stoi tylko ze spuszczoną głową i milczy.

O dwunastej – koniec przewodu sądowego. Gdy o siedemnastej sędzia Wiktor Miernik odczytuje wyrok śmierci, matka zabójcy pada zemdlona. Wynoszą ją z sali.

Wiesław C. zapytał wtedy obrońcę, co się stanie ze Stefanem. „Jak poprosi Breżniewa o łaskę, to wyroku nie wykonają” – odpowiedział i się uśmiechnął.

C. mieszka na wsi pod Lublinem. Ma amputowaną nogę i po domu jeździ na wózku inwalidzkim. To on 50 lat temu próbował wyrwać szeregowemu Dornie karabin.

– Nie było szans go powstrzymać – mówi dzisiaj. – Miałem szczęście, że mnie wtedy nie zastrzelił.

Opowiada, jak uciekał przez błoto, bajoro, pole, a za nim pędziły smugi świetlnej amunicji. I to on zawiadomił dowództwo kompanii o strzelaninie. Że są trupy, zobaczył dopiero, gdy przyjechał z dowódcą na skrzyżowanie aresztować Dornę.

– Stefan, coś ty narobił? – zapytał go w transporterze.

– Nie wiem – odpowiedział oszołomiony Dorna.

Potem przypomniał sobie, że wcześniej pili wino, które przywiózł im motorowerem do jednostki jakiś Czech. Więc na pewno był tam jakiś narkotyk, bo przecież inaczej nie zacząłby strzelać do bezbronnych ludzi. C. pamięta, że tak to sobie wtedy tłumaczyli wśród żołnierzy.

Gdy Dorna trochę wytrzeźwiał, powiedział, że to Czesi pierwsi do niego strzelili.

– Tylko że tego strzału nikt inny nie słyszał – mówi C.

Przesłuchania zaczęły się o piątej rano, a zakończyły po południu. Dornę i Wiesława C. (podejrzanego o zejście z posterunku) wiozą do aresztu w Kłodzku. Potem przerzucają ich między aresztami – Wołów, Zielona Góra, Wrocław. Nie mają ze sobą kontaktu.

Spotykają się dopiero w październiku w kłodzkim sądzie. Dorna na ławie oskarżonych siedzi w mundurze polowym, bez pasa i bez sznurówek w butach. Nie pamięta ani że zabił dwoje cywilów, ani że strzelał do kolegów.

„Nie wiem, jak do tego doszło. Nie wiem, dlaczego strzelałem” – powtarza w sądzie.

Wiesław C. pamięta, że wyroku i uzasadnienia Dorna wysłuchał bez emocji. Potem z sali wyprowadzili go żołnierze WSW. Na dziedzińcu szarpał się z nimi, gdy próbowali go wepchnąć do więźniarki. To wtedy ostatni raz go widział.

Kilka miesięcy później Wiesław C. odwiedził w Żaganiu swoją jednostkę, która wróciła już z Czechosłowacji. Zapytał o Dornę szefa kompanii. „Wyrok już wykonano – usłyszał. – Dowódca pułku ogłosił to żołnierzom na placu apelowym”.

 

Szeregowy Stefan Dorna sfotografowany nazajutrz po dokonaniu zbrodni. Miał wtedy 21 lat. Przed powołaniem do wojska pracował jako ślusarz.<br />7 września 1968 r. zabrał z jednostki pistolet maszynowy i cztery magazynki, w sumie 120 naboj�w. Według dow�dcy plutonu cechami jego charakteru było m.in. to, że okazał się żołnierzem fałszywie ambitnym, nerwowym i w niekt�rych sytuacjach usiłował nawet dyskutować nad zarządzeniami i rozkazami przełożonych. Zdjęcia pochodzą z materiał�w zebranych podczas śledztwa

 

Ząbek

Że żyje, mieszkańcy Jicina dowiadują się z czeskiej telewizji w latach 90. Film „Cesta ke križovatce” (Droga do skrzyżowania) został zrealizowany dla Telewizji Czeskiej w 1994 r. przez trzech Polaków – Sebastiana Miłaszewskiego, Piotra Szymę i Grzegorza Brauna.

Na ekranie telewizora widzą dobijającego do sześćdziesiątki mężczyznę, który opowiada o trudnościach w obsłudze karabinu, z którego zastrzelił Jaroslava Veselego i Zdenkę Klimešovą: „Na obudowie automatu, z boku, był bezpiecznik. Pierwszy ząbek to było strzelanie pojedyncze, drugi, poniżej – ciągłe. Tyle że broń była zużyta i przy przełączaniu na strzelanie pojedyncze ząbek nieraz wskoczył na ciągłe”.

Dorna opowiada w filmie, jak wyruszyli z jednostki na skrzyżowanie Na Letné. „Chcieliśmy zobaczyć miasto – chociaż po ciemku, bo w dzień nie można, nikt by nas nie puścił. Poszliśmy z ciekawości. Mieliśmy trochę wypite. Każdy się zrobił odważny. Szliśmy szosą, z bronią przygotowaną, puszczoną na długi pas – gotową do użycia”.

I o samej strzelaninie:

„Do dzisiaj, po tylu latach, nie mogę sobie złożyć, jak faktycznie to się stało. Nie mogę sobie tego poskładać. Nikt nie chce w to wierzyć. Ja się tysiące razy w zakładzie karnym zastanawiałem, jak to było. I nie mogę do dzisiaj tego odtworzyć. Pamiętam strzał na początku i że zacząłem strzelać. I dalej – jakby mi się film urwał”.

– To był szok i niedowierzanie, bo wszyscy myśleliśmy, że wyrok wykonano – opowiada bratanek zastrzelonego Jaroslava, który na ekranie telewizora zobaczył mordercę wuja po raz pierwszy. Ma 37 lat, jest instruktorem sportów wodnych. Na spotkanie w kawiarni przynosi zdjęcia wuja – i te z koncertu, i te z pogrzebu. Mówi, że najbardziej go boli, gdy wydarzenia na skrzyżowaniu próbuje się przedstawiać jak nieszczęśliwy wypadek.

– A to przecież była egzekucja – mówi.

Grzeczny i uczynny

Z celi śmierci więzienia mokotowskiego przy Rakowieckiej w Warszawie Stefan Dorna wysyła prośby o łaskę w błękitnoburych kopertach. Do szefa MON generała Wojciecha Jaruzelskiego pisze niebieskim długopisem na kancelaryjnym papierze w kratkę. Że splamił mundur żołnierza Wojska Polskiego, że zawiódł zaufanie, jakim obdarzył go naród, wysyłając, by bronić socjalizmu w Czechosłowacji, że na jego zachowanie miały wpływ obelżywe słowa Czechów pod adresem wojska, partii i rządu. Jako były członek ZMS, kandydat na członka PZPR, agitator polityczny, syn robotnika walczącego z reakcyjnym podziemiem, wychowany w nienawiści do wroga klasowego, chciałby naprawić wyrządzone społeczeństwu szkody. Dlatego prosi o łaskę. Czy naprawdę muszę być usunięty ze społeczeństwa jako jednostka nie nadająca się do życia? – pyta ministra Jaruzelskiego.

29 października 1969 r. Rada Państwa zamienia mu karę śmierci na karę dożywotniego więzienia. 1 stycznia 1970 r. wchodzi w życie nowy kodeks karny, który w ogóle nie przewiduje dożywocia, więc sąd zamienia Dornie karę na 25 lat więzienia. To znaczy, że będzie mógł wyjść na wolność dopiero w 1993 r., ale praktycznie znacznie wcześniej – za dobre zachowanie.

Odsiaduje wyrok w Rawiczu, potem w Strzelcach Opolskich. Jest więźniem wzorowym. Pracowity i zdyscyplinowany. Przodownik pracy – nagradzany 87 razy.

Po 14 latach więzienia pisze pierwsze podanie o przedterminowe zwolnienie: Mając 36 lat pragnę ułożyć sobie nowe dalsze życie zakładając rodzinę.

Wychodzi jesienią 1983 r. Wraca do miasteczka O. w Wielkopolsce. Pracę dostaje w prywatnym zakładzie blacharskim nad rzeką. Co pół roku milicjanci z O. wysyłają do sądu wojskowego raport o zachowaniu skazanego.

Styczeń 1984: Nie nadużywa alkoholu inie utrzymuje kontaktu z elementem przestępczym.

Sierpień 1984: Z pracy wywiązuje się bardzo dobrze. Jest grzeczny i uczynny. Wkrótce zawrze związek małżeński z Łucją K. – księgową.

Kwiecień 1985: Jest człowiekiem spokojnym, prowadzącym spokojny tryb życia współmierny do jego legalnych dochodów. Zarobione pieniądze przeznacza na utrzymanie rodziny i urządzanie mieszkania.

Listopad 1985: Zachowuje się nienagannie. Na swoim utrzymaniu posiada żonę i jedno dziecko. Troszczy się o rodzinę i przeważnie czas wolny od pracy spędza z rodziną.

Styczeń 1987: Od czasu opuszczenia zakładu karnego nie popełnił na tutejszym terenie żadnego przestępstwa ani też wykroczenia.

Ostatni raport wysłany został we wrześniu 1987 r., w 19. rocznicę śmierci Klimešovej i Veselego. Starszy sierżant Otulakowski melduje, że Stefan Dorna pracuje teraz w kombinacie budowlanym Metalplast w Obornikach Wielkopolskich, zarabia 30 tys. zł i urodziło mu się właśnie drugie dziecko.

Napojów alkoholowych nie nadużywa – zapisał.

Nie ma o czym rozmawiać

Teraz ma lat 70. Mieszka za mostem, w parterowym domku przy sklepie, po drugiej stronie Warty. Wychodzi przed dom w bamboszach. Niewysoki, szpakowaty, z brzuszkiem. Miły. Tylko pytanie o Jicin kończy wszelką rozmowę.

– Nie ma o czym rozmawiać – mówi, zamykając mi drzwi przed nosem.

Współpraca Tomasz Maćkowiak

This entry was originally posted at https://just-tom.dreamwidth.org/754715.html
Subscribe
  • Post a new comment

    Error

    Anonymous comments are disabled in this journal

    default userpic

    Your reply will be screened

    Your IP address will be recorded 

  • 3 comments